gry z kosmitami Recenzje gier PC

Binary Domain – ambitna strzelanina TPP



Przejdź do katalogu gier!

Binary Domain to strzelanina TPP osadzona w klimatach Science Fiction, której premiera na konsole PlayStation 3 oraz Xbox 360 odbyła się już jakiś czas temu. Jednak dopiero niedawno otrzymaliśmy wersję na PC, więc czas sprawdzić, czy i tutaj strzelanie do metalu jest zabawne. Zapraszam do recenzji Binary Domain

Binary Domain od samego początku reklamowane było jako strzelanina TPP w konwencji science fiction, która miała wnieść do tego gatunku sporo świeżości. Urozmaicone sposoby pokonywania przeciwników, interakcja z członkami drużyny, wydawanie im poleceń głosowych oraz rozbudowana fabuła, czerpiąca pełnymi garściami z filmowych klasyków. Producentem gry jest SEGA na czele z panem Toshihiro Nagoshi, odpowiedzialnym za popularną serię Yakuza. Można było odnieść wrażenie, że będzie to tytuł oryginalny i ciekawy, więc początkowo bardzo żałowałem, że zapowiedziano jedynie wydania konsolowe. Ostatecznie, gra została także udostępniona na PC, jednak spotkała się z ogromną ilością krytyki. Czy Binary Domain istotnie nie spełnił oczekiwań graczy? Sprawdźmy.

gry tpp

Na początku muszę powiedzieć, że od bardzo dawna żadna gra nie wzbudziła we mnie tak mieszanych uczuć. Na potrzeby recenzji postanowiłem jednak dokładnie się z nią zapoznać i nie budować opinii przy pomocy powierzchownych wrażeń, które niestety były negatywne, gdyż po uruchomieniu Binary Domain… trudno poruszać się po menu głównym! Okazuje się, że kontrola w grze nie została prawie wcale przystosowana do komputerów PC. Klawisze kierunkowe nie działają, brak kursora myszy, nie widać żadnych opcji. Wszelkie komendy wyświetlane są na ekranie w postaci przycisków kontrolera Xbox. Jeśli gracz nie posiada pada od Xboxa, powinien zamknąć aplikację gry i uruchomić osobny program konfiguracyjny (co w przypadku gier wydawanych na komputery osobiste jest już od dawna przeżytkiem). Dopiero tutaj można znaleźć ustawienia graficzne, dźwiękowe i inne oczywiste opcje pozostające całkowicie niedostępne z poziomu gry. Na szczęście w ustawieniach kontroli znajduje się głęboko schowana opcja wyświetlania na ekranie komend w postaci przycisków klawiatury. Nareszcie – można grać, jednak nawet sterowanie myszką wydaje się dziwnie ociężałe. Dodatkowo, obraz gry wyświetlał mi się w ramce, gdyż aplikacja nie obsługuje wszystkich pecetowych rozdzielczości. Port z konsoli jest więc pod niektórymi względami kompletnie beznadziejny.

Po przebrnięciu prze menu główne można w końcu skupić się na samej grze. Jest to tak zwany cover-based shooter: Akcję śledzimy z perspektywy trzeciej osoby, a podczas strzelanin chowamy się za elementami otoczenia przed ogniem przeciwnika. Motyw znany już od dawna, rozpowszechniony przez sukces gier takich jak Gears of War i Mass Effect. Pod tym względem gra SEGI nie zaskakuje. Gracz może robić wszystko to, co w innych tytułach – kucać, kryć się, wychylać, przeskakiwać przez murki i tym podobne.

Głównym bohaterem Binary Domain jest Dan Marshall, żołnierz specjalnej jednostki Rust. Zostaje wysłany wraz z grupą towarzyszy na tajną misję do Tokio. Na początku wiadomo tylko tyle. po chwili strzelania byłem mocno zdziwiony ilością frajdy, jaką sprawia walka w tej grze. Pierwsze starcia wypełnione są strzelaniem do hord jednakowych robotów i chowaniem się za betonowymi blokami pośród szarego, monotonnego gruzowiska, jednak wcale się przy tym nie nudziłem. Strzelanie do maszyn, jako główny element rozgrywki, zostało bowiem pieczołowicie dopracowane. Pancerze robotów niszczą się i odpryskują w miejscu trafienia, co nie wygląda może realistycznie, ale zdecydowanie widowiskowo. Atakujące roboty da się rozczłonować, co wpływa na ich zachowanie podczas boju. Może nie są to jakieś niesamowicie rewolucyjne pomysły, ale w połączeniu z szybkim tempem akcji i olbrzymią ilością zalewających gracza przeciwników otrzymujemy naprawdę wybuchową mieszankę. W najgorętszych momentach prędkość „rozwałki” przekracza jedną cybernetyczną kończynę na sekundę, a kawałki poszarpanego metalu latają w powietrzu niczym odłamki szkła w amerykańskich filmach akcji.

Należy dodać, że jest czym siać zniszczenie, bo rodzajów broni jest dosyć sporo. Dan może być wyposażony jednocześnie w pistolet (z niewyczerpanym zasobem amunicji), specjalny karabin szturmowy, jedną broń dodatkową oraz granaty. Wspomnianego karabinu nie da się wymienić, jest to główna broń naszego bohatera wyposażona w coś w rodzaju plazmowego granatnika z osobnym paskiem energii. Dodatkowy oręż stanowią najróżniejsze strzelby, karabinki, snajperki, a nawet wyrzutnie rakiet. Standardowo zabiera się je pokonanym przeciwnikom lub kupuje w jednym ze sklepików-automatów, niedorzecznie porozstawianych po całej Japonii. W tych sklepach można też stopniowo ulepszać główną broń Dana oraz każdego z członków naszej drużyny, wyposażając ich dodatkowo w specjalne chipy zwiększające statystyki.

gry z kosmitami

Dopiero po przejściu pierwszego etapu poznajemy głębiej fabułę. Jest rok 2080. W siedzibie amerykańskiej korporacji Bergen, największego na świecie producenta humanoidalnych robotów, pojedynczy napastnik próbuje dokonać zamachu na prezesa jej zarządu. Mężczyzna okazuje się być androidem, robotem na pierwszy rzut oka niczym nie różniącym się od ludzi. Najdziwniejsze jest jednak to, że on sam nie zdawał sobie z tego sprawy. Wszystko wskazuje na to, że japońska korporacja Amada produkuje tak zwane „Puste Dzieci” – androidy doskonale naśladujące ludźmi i kompletnie nieświadome swojej natury. Tworzenia takich robotów zabrania klauzula numer 21 międzynarodowego porozumienia zwanego Nową Konwencją Genewską. Przypadkami łamania jej praw zajmują się oddziały specjalne Rust. I właśnie tutaj wkracza do akcji nasz bohater Dan Marshall. Inspiracje Blade Runnerem i Terminatorem, do których sięgnęli twórcy, wydają się być oczywiste. Sama fabuła także przekazywana jest w sposób mocno filmowy. Najwięcej jest tutaj czystej akcji, a główny bohater to nieskomplikowany twardziel, chociaż gra dotyka także tematów bardziej poważnych, czasem wręcz filozoficznych.

Jedną z głównych „sztuczek”, które miały odróżniać Binary Domain od reszty gier akcji, jest wydawanie komend głosowych towarzyszom. Potrzebny jest do tego oczywiście mikrofon. Rozkazy trzeba jednak dawać wyraźnie i po angielsku, a rozpoznawanie mowy pozostawia wiele do życzenia. Brakuje też funkcji „push to talk” i mikrofon wyłapuje wszystko, co mówimy, więc jeśli komuś zdarzy się przekląć pod nosem podczas trudnej potyczki, nasi wirtualni towarzysze broni staną w osłupieniu i odpowiedzą „nie rozumiem”. 😉 O wiele wygodniej jest zrezygnować z mikrofonu i polecenia wydawać z poziomu klawiatury. Moim zdaniem jest to zupełnie nietrafiony pomysł, na którego implementację twórcy gry niepotrzebnie zmarnowali czas i energię.

O wiele ciekawszym aspektem wyróżniającym Binary Domain z tłumu strzelanin TPP jest system Zaufania. Przez zdecydowaną większość gry naszemu bohaterowi towarzyszy przynajmniej jedna dodatkowa postać. Każda z nich posługuje się inną bronią i darzy Dana określoną dozą zaufania. Im wyższy jest jego wskaźnik, tym kompan lepiej radzi sobie w walce. Na zaufanie wpływa mnogość czynników. Szarżując na nieprzyjaciela i odnosząc szybkie sukcesy bez strat własnych podnosi się zaufanie, przy czym taktycznym popisom gracza towarzyszą komplementy i wesołe okrzyki innych postaci. Trzeba przy okazji przyznać, że głosy podłożone są świetnie, a aktorzy naprawdę się postarali. Stracić zaufanie członków drużyny można na różne sposoby – nie radząc sobie z sytuacją, narażając się na niepotrzebne ryzyko, odnosząc ciężkie straty, albo strzelając do nich przez pomyłkę. Ten ostatni przypadek bywa szczególnie frustrujący, gdyż sztuczna inteligencja wbrew obietnicom twórców pozostawia wiele do życzenia i koledzy nieraz sami wchodzą w linię ognia. Zaufanie wzrasta i opada także w wyniku rozmów z członkami drużyny. Niestety, ten element mógł być znacznie lepiej dopracowany. Zamiast opcji dialogowych do wyboru mamy tylko pojedyncze słowa, co miało pozwolić na łatwe wykorzystanie mikrofonu w rozmowie. Doprowadziło to jednak do groteskowych sytuacji, gdzie Dan zapytany o opinię na jakiś temat może odpowiedzieć „Yeah”, „Nope”, albo „Shit” (sic). Pozostaje tylko domyślać się, co powiedział główny bohater. Spłycenie takich dialogów najbardziej można odczuć w momencie, gdy jedna z postaci zadaje pytanie zawierające podwójne zaprzeczenie. Wybór pomiędzy „tak” i „nie” jest wtedy totalnie bezsensowny.

kosmiczne strzelanki

Czego by jednak o tej grze nie powiedzieć, wygląda naprawdę świetnie. Nie uświadczyłem żadnych problemów z grafiką, co zdarza się w portach z konsoli nader często. Wręcz przeciwnie – zamysł i wykonanie pod względem graficznym prezentuje się na wysokim poziomie. Design futurystycznego Tokio, wszelkiej maści robotów i ekwipunku, inspirowane tym razem japońską animacją w stylu Ghost in the Shell, robi spore wrażenie. Ponadto gra robi bardzo dobry użytek z efektu motion blur – w odróżnieniu od wielu innych gier rozmycie obiektów w ruchu ani trochę nie przeszkadza w odbiorze obrazu. Moim zdaniem jednak największym osiągnięciem graficznym tej gry są twarze bohaterów. Szczegółowość modeli i mimiki twarzy jest niesamowita jak na zwykłą strzelarkę. Co prawda nie jest to jeszcze super-realistyczna jakość na wzór L.A. Noire, nie mniej jednak cieszy oko

Spodziewałem się, że po kilku godzinach gry Binary Domain zużyje swoją własną formułę i po prostu mi się znudzi. Tak się jednak nie stało. Progresja rodem z filmów akcji dotyczy bowiem nie tylko fabuły, która staje się coraz bardziej rozbudowana (przerywniki potrafią być tak długie, że włącza się wygaszacz ekranu!). Dotyczy to też samej rozgrywki. Nieustannie pojawiają się coraz to nowsze rodzaje przeciwników, broni, postaci niezależnych i innych elementów rozgrywki. Urozmaicenie stanowią gigantyczni przeciwnicy specjalni oraz świetne sceny strzelanin podczas pościgów samochodowych. Po ukończeniu gry ze zdumieniem odkryłem, że wszystko zajęło mi to tylko osiem godzin, nie licząc przerywników filmowych i poruszania się po menu. Finał pozostawił mnie zaś z uczuciem satysfakcji i lekkiego niedosytu.

Binary Domain to dziwna produkcja, którą trudno jest ocenić. Gra jest rzadko spotykanym połączeniem bardzo wielu różnych gatunków i nurtów, jakby próbowała być wszystkim naraz. Nie można jednak powiedzieć, że przez to nie jest niczym konkretnym. To zwykła, liniowa strzelanina TPP, która próbuje bawić się z rozpoznawaniem głosu i zahacza leciutko o RPG. Czerpie inspiracje z kina oraz literatury science fiction, cyberpunku, amerykańskich filmów akcji i japońskiego anime. Niektóre rzeczy wychodzą jej dobrze, inne o wiele gorzej, przez co jest nieco pokracznym przekładańcem z plusów i minusów. Patrząc jednak na ten tytuł z perspektywy kilku dni po jej ukończeniu, pozostaje ona tym, co w niej najważniejsze – dobrą zabawą. Po pokonaniu przeszkody sterowania w menu głównym, w zależności od tego jak mocno uda się przymrużyć oko na inne niedopatrzenia, Binary Domain można chyba pokochać albo znienawidzić. Ja pokochałem.

Sprawdź najlepszy katalog gier!