najlepsze strzelanki Recenzje gier PC

Duke Nukem Forever – recenzja gry PC



Przejdź do katalogu gier!

Tyle lat na Ciebie czekałem i w końcu jesteś! Nigdy nie sądziłem, że dożyję tego momentu. Żartowaliśmy, że będziesz powstawał aż do końca świata i jeden dzień dłużej, ale oto jesteś, a świat trwa dalej. Mam bowiem oto w reku płytkę z napisem Duke Nukem Forever. Tylko czy właśnie na to czekaliśmy te wszystkie lata? O tym właśnie poniżej; oszczędzę jednak nam wszystkim opowieści o zmienianych silnikach graficznych, dążeniu do perfekcjonizmu oraz całej tej otoczki historycznej, bo i po co w kółko pisać to samo? Wszyscy znacie legendę tej gry. Wałkowaliśmy ją w nieskończoność przez cały ten czas! Jakby to zresztą powiedział sam Książę – Dość piep….a, zagrajmy! Hail to the King!

…przez te wszystkie lata jakie upłynęły od czasu ostatniego ataku kosmitów, aż do dzisiejszego momentu panował spokój. Książę pokazał cholernym ufokom gdzie jest ich miejsce i z pewnością zabrakło go tutaj, na Ziemi. Sława, pieniądze, luksusowy apartament, cygara, browar i laseczki – oto co robił Książę przez te wszystkie lata. Kosmici jednak powrócili, ale tym razem przybywają w pokoju. Prezydent pragnie rozpocząć negocjacje z ich przywódcą i wydaje bezpośredni rozkaz – Duke, trzymaj się od nich z daleka! Jak się jednak okazuje to był tylko pretekst dla kolejnej inwazji… A tam gdzie kończą się uprzejmości, zaczyna się Duke Nukem.

Tyle fabuły, która stanowi tylko pretekst radosnej eksterminacji obcych. Historia jest niestety równie nieporadna jak i mój wstęp do tej recenzji i zasadniczo mogłoby jej w ogóle nie być. Podczas rozgrywki napotkamy epizodyczne postacie, których dialogi nie będą mieć większego znaczenia – takie tam paplanie bezcelowe będące ewentualnie prowadnicą dla kolejnego żartu. Twórcom gry nie udało się po prostu stworzyć nic, na czym mogłoby nam zależeć podczas zabawy.

Interesująco jednak wypada mimo wszystko świat, w jakim żyje nasz Książę. Wprawdzie jest on pokazany głównie w pierwszych poziomach, ale ciekawostką jest móc zaobserwować  słynne interakcje Duka z czymś więcej niż jego własnym ego. To w końcu samiec MEGA-SUPER-ALPHA. Super twardziel, super samiec, praktycznie super bohater. Żyjąca legenda. Każdy to wie. Kobiety szaleją, a mężczyźni mdleją. Tak właśnie działa osobowość Księcia na umysły maluczkich. Każdy chce być takim, jak On, a wykreowana w grze postać jest autorytetem dla całego świata.

Duke Nukem jest „zajebisty” i dobrze o tym wie mając Ego wielkości niemalże nieskończonej. Duke kocha przede wszystkim siebie oraz swoją „zajebistość”. Miło zagrać taką postacią, a jego kąśliwe docinki względem kolejnych zabijanych przeciwników, które towarzyszą Graczowi przez całą grę, wywołują uśmiech i samozadowolenie. Humor jest zresztą jedna z największych zalet gry. W typowym sobie, Książęcym stylu, Duke wyśmiewa niebezpieczeństwo kpiąc sobie z najlepsze z niego. Gra zawiera także sporo odniesień do naszego świata. Podczas jednej z zagadek dotyczącej rur, pary oraz przekręcania pewnego zaworu, Książę komentuje, że nie lubi takich „zaworowych zagadek”. A gdy jeden z żołnierzy proponuje mu założyć zieloną zbroję na żywo przypominającą opancerzenie Master Chiefa, usłyszymy stwierdzenie, że takie rzeczy są dobre dla… no ok, tego ostatniego zacytować już nie mogę, ale pewnie się domyślacie o co chodziło. 😉 Za to właśnie kochamy Duka od lat i pod tym względem gra ma naprawdę wiele do zaoferowania jego fanom.

kultowe strzelanki

Zabawa się rozpoczyna – mamy super postać oraz całkiem niezły humor. Już na wstępnie zapowiada się fajnie… Niestety po pierwszym dobrym wrażeniu zaczynają dochodzić kolejne elementy i już nie jest tak cudownie. Jedną z głównych atrakcji w grze miała być interakcja postaci z otoczeniem na miarę tego, czym zachwycił nas blisko dwie dekady temu Duke Nukem 3D. Niestety muszę przyznać, że wyszło to średnio. Oddziaływać można wprawdzie na wiele obiektów, ale jest to interakcja wybiórcza. Owszem, można zagrać w pokera na automacie, turlnąć bilę do łuzy, podsmażyć szczura w mikrofali albo nawet podnieść małe co nieco z pobliskiego kibla (a było to tak osobliwe, ze musiałem wspomnieć). Faktem jest jednak, że nie wszystkie obiekty w świecie gry podlegają prawom fizyki, a interakcja z otoczeniem odbywa się wyłącznie tam, gdzie zaplanowali to twórcy gry. Przykładowo obok lampki na biurku, którą można z niego zestrzelić, leży dosłownie „przyklejony” do blatu klucz francuski. Takich elementów jest niestety zbyt dużo, by nie rzucały się one od razu w oczy podczas zabawy. Co więcej, na niektórych etapach interakcja praktycznie nie istnieje i nie da się ukryć, że po opuszczeniu Vegas będzie ona mieć mocno marginalne znaczenie, a przy końcu całkowicie odejdzie w zapomnienie.

Niestety Duke zawodzi także tam, gdzie powinien błyszczeć oślepiając nas swym nieskazitelnym szlifem. Uzbrojenie, jakim można się tutaj nampobawić, to jeden z największych mankamentów tego tytułu. Reprezentacyjny Golden Eagle wygląda i brzmi jak zwykły pistolet, podczas gdy powinien chyba być przenośną armatą. Jest jeszcze strzelba, trzylufowy karabin maszynowy, dwie rodzaje rakietnicy (zwykła i podwójna), zmniejszacz oraz zamrażacz. Całe to uzbrojenie znamy dobrze ze starego Duke Nukem 3D, teraz powraca odświeżone i gotowe do użycia. Do tego arsenału dołączyły doszły trzy zabawki obcych oraz railgun, będący typową w dzisiejszych czasach odmianą karabiny snajperskiego dla produkcji SF. Moim głównym zastrzeżeniem tutaj, pomijając zupełnie wtórność, będzie brak odpowiedniej mocy, jaką powinny mieć wszystkie zabawki Duka. Jedynie strzelba, karabin i rakietnica były umiarkowanie mocne a moim zdaniem, broń Księcia powinna kopać jak muł!

To jednak nie jest jeszcze najgorsze – kwestię uzbrojenia i zabawy z nim związanej rozkłada bowiem kompletnie fakt, że na raz możemy trzymać tylko dwie bronie! Nie bardzo rozumiem tutaj jaki cel przyświecał twórcom gry, że zdecydowali się na taki krok… Co więcej nie ma tutaj znaczenia, czy są to dwa pistolety czy dwa karabiny maszynowe. Tylko dwie i basta. Zamiast więc bawić się uzbrojeniem i testować je w różnych warunkach bojowych, Gracz jest stale zmuszany do zmiany jednego uzbrojenie na inne. Jak by tego było mało, Duke nie nosi przy sobie jakiś oszałamiających ilości amunicji co często wymusza zmianę broni podczas walki.

Czasami wręcz miło byłoby pobawić się zamrażaczem, ale niestety nie można, bowiem brak amunicji w karabinie maszynowym podczas walki będzie oznaczać śmierć. Fajnie byłoby mieć też przy sobie wyrzutnię rakiet i miejscami sobie ułatwić jakiś trudny moment, ale mieści się w niej tylko 5 sztuk rakiet (!!!) wobec czego bronią zapasową staje się strzelba, albo jakkolwiek inna broń z większym zapasem amunicji. Doprowadziło to do sytuacji, że nie używałem w ogóle innych broni niż wspomniana wyżej strzelba i karabin. Całej reszty używałem wyłącznie w określonych sytuacjach, gdy wymuszała to na mnie konieczność i powiem Wam, to nie było zabawne. Ani trochę. Martwienie się o amunicję? Ciągła żonglerka bronią? OMG! To Książę! Walka z obcymi i ratowanie lasek! Niech Duke nosi sobie tyle broni ile chce! To przecież jedna z tych gier, w których na realizmie godnym Operation Flashpoint nie będzie zależeć! Dramat. Jeden wielki dramat.

Wprawdzie broń wala się wszędzie, w każdym etapie, ale szczerze wolałbym zbierać amunicję, niż uzbrojenie. Co chwilę bowiem musiałem zamieniać jeden karabin na inny, albo zastanawiać się, czy aby na pewno mogę ze sobą zabrać zamrażacz, by chwilę się nim pobawić.

Podczas zabawy, NA SZCZĘŚCIE, nie istnieje coś takiego jak odrzut broni czy zmniejszenie celności podczas biegu. Jeszcze tego by brakowało, prawda? Do naszej dyspozycji oddano także takie dodatki jak bomby rurowe, miny, piwko (zwiększa odporność na obrażenia) czy nawet sterydy, których użycie daje nieśmiertelność względem regularnych przeciwników i możliwość rozmiziania ich zielonych mordek na przypakowanej pięści Duka.

Każdy arsenał jest jednak tak dobry, jak wrogowie, przeciw którym przyjdzie nam go używać. Wszyscy, którzy grali w Duke Nukem 3D z pewnością rozpoznają starych znajomych w postaci człekopodobnych jaszczurów, świnipodobnych oddziałów specjalnych czy lewitujących macko-mózgów. Starzy znajomi malowniczo rozbryzgują się pod wpływem śrutu ze strzelby i trzeba przyznać, że odświeżone wersje tych wszystkich stworów robią niezłe wrażenie.

Niestety tak się składa, że podczas gry atakują nas głównie cztery rodzaje przeciwników! Dodatkowo, poza okazjonalnym mini-bossem, żaden z nich nie wymaga odmiennej strategii działania. Wystarczy celnie strzelać i liczyć zgony, od czasu do czasu rzucając jakąś celną bombkę, omijając pociski lecące kursem kolizyjnym w stronę ekranu albo zmieniać uzbrojenie z powodu braku amunicji. Ostatecznie więc do rozgrywki szybko wkrada się schematyczność, a co z tym idzie, także nuda.

Nawet bossowie to przeciwnicy wyjęci z Duke Nukem 3D. ZERO nowości. Tyle dobrego, że główni przeciwnicy w grze są naprawdę solidnie wykonani i stanowią niezłe wyzwanie. Ich eksterminacja odbywa się poprzez sprowadzenie ich paska zdrowia do poziomu zera i wykonanie „ciosu kończącego” (Finishery, tak zwane). Duke wyrywa niektóre części ciała ku uciesze publiki przed monitorem. Jest krwawo, brutalnie i satysfakcjonująco. Ciosy kończące można wykonać zresztą i na regularnych przeciwnikach, ale nie są one już tak efektowne i polegają na zwykłym dobiciu delikwenta pięścią lub z kopa.

Szatkowanie kolejnych przeciwników ma swoje uroki, ale za bardzo trzeba martwić się o amunicję oraz życie, by móc wykrzesać z tego jakieś większe pokłady grywalności. Względem bowiem ostatnich trendów, pasek zdrowia regeneruje się, gdy postać nie otrzymuje obrażeń. Nie specjalnie pasuje to jednak do szybkiego stylu zabawy i niepotrzebnie spowalnia walkę.

Z paskiem zdrowia (tudzież paskiem Ego, jak wolą nazywać go twórcy gry) wiąże się zresztą inna, dość dziwaczna, aktywność. W grze nie istnieją przedmioty regenerujące zdrowie, a pasek oznaczający jego ilość jest stosunkowo drobny. Jak więc przeżyć w takim świecie? Przedłużając pasek zdrowia. Dzieje się to jednak tylko w dwóch momentach – po pokonaniu jednego z głównych przeciwników rozdziału, bądź pierwszej  interakcji z konkretnym przedmiotem. Pierwszy kontakt z tablicą do rysowania, samolocikiem z papieru, albo kalendarzem – wszystko to odrobinę zwiększa pasek Ego. Takich przedmiotów w grze jest dokładnie sto.

gry fps 3d

Czułem się jednak wręcz nachalnie zmuszany do interakcji ze światem Duke Nukem Forever poprzez poszukiwanie i wykonywanie pobocznych czynności. Wolałbym mieć opcję takiej zabawy, ale tu jej nie ma, bo jesteśmy do tego zmuszani. Faktem jest bowiem, że gra miejscami potrafi być dość wymagająca i dłuższy pasek Ego będzie niezbędny do przeżycia.

Interakcja z elementami otoczenia sama w sobie jest zabawna, ale tylko, gdy ma się na to ochotę. Gorączkowe szukanie kolejnych przedmiotów częściej jednak wkurza niż bawi.

Wspomnę tutaj jeszcze o otoczeniu w jakim rozgrywają się walki. Zabawa zaczyna się w apartamencie Księcia, potem zwiedzamy Las Vegas, pustkowia pustynne, tamę Hoovera, a nawet legowisko obcych. To główniejsze lokacje jakie przyjdzie nam oglądnać. Niestety, po przejściu gry, mogę stwierdzić, że zaledwie kilka miejsc zapada w pamięci. Reszta to stereotypowe tunele obcych, stereotypowe pustkowia czy stereotypowy poziom podwodny. Mało jest tutaj momentów, które zapadają w pamięci, a jeszcze mniej jest naprawdę oryginalnych lokacji godnych zapamiętania.

Konstrukcja kolejnych poziomów jest jednak tym, co rozkłada na łopatki akcję oraz przyjemność z grania w Duke Nukem Forever. Schemat prezentuje się bowiem następująco – walka, przerwa, walka, przerwa, walka, przerwa, boss; i od nowa. Pod koniec gry byłem tym już dosłownie zmęczony. Wrogowie pojawiają się tutaj „falami” a pokonanie wszystkich przeciwników wiąże się z charakterystycznym sygnałem dźwiękowym, który informuje jednoznacznie, że można odpocząć. W tym momencie Gracza czekają jakieś denne dialogi do wysłuchania, zagadka „lekko” logiczna (z wykorzystaniem fizyki, bądź nie) tudzież najzwyklejsze skakanie po platformach. Miejscami zapominałem wręcz, że gram jako w Duke Nukem, czując się zwyczajnie jak bohater platformówki w FPP. Nie chcę skakać w poszukiwaniu przycisku po kolejnych platformach! Chcę zabijać obcych! Daaaamn… Czy to takie trudne do zrozumienia czego oczekuje Gracz po instalacji takiej gry? Ilekroć zaczynałem się bowiem dobrze bawić przy rozwalaniu kolejnych przeciwników gra radośnie oznajmiała mi, że to koniec. Taka przeplatanka akcji z wolniejszymi elementami, w których musimy szukać paliwa, albo otwierać zamki WCALE nie wpływa dobrze na gameplay. Jeżeli kiedyś uznam, że potrzebna mi przerwa od strzelania to wyłączę po prostu komputer i pójdę na spacer, ale nie potrzebuję przymusowego spowolnienia gry mówiącego mi wprost „Ok, teraz MUSISZ od tego całego strzelania”. Jednym słowem całości brakuje dynamizmu…

Niestety sama rozgrywka, poza początkiem, niczym nie zaskakuje i cała kampania dla pojedynczego Gracza, poza humorem oraz samym głównym bohaterem, wypada po prostu słabo. Stało się tak głównie właśnie ze względu na zatracenie się całości w wyżej wspomnianych przerwach. Nic tutaj nie pomogło, że autorzy wręcz robili wszystko co tylko mogli, by uatrakcyjnić zabawę – mamy więc działka stacjonarne, jazdę ogromnym Monster Truckiem oraz zmniejszanie Duka do wielkości szczura… Szkoda jednak, ze zamiast tych wszystkich „przerywników” nie pokuszono się właśnie o dopracowanie arsenału i przyjemności z jego używania płynących.

Zabawa sieciowa również nie jest zbyt oryginalna. Istnieją tylko cztery podstawowe tryby zabawy – Deathmatch pojedynczy lub drużynowy (klasyczna walka znana już z pierwszego Quake), Capture the Babe (czyli najzwyczajniejsza walka o flagę, z tą różnicą, że zamiast kijka ze szmatką jest dziewczyna) oraz King of the Hill (na mapie pojawiają się miejsca, za których obronę drużyna otrzymuje punkty). Jak więc widać, jest dość standardowo. Do tego dochodzą mutacje w stylu walki na pięści, nieskończonej amunicji czy umieszczenia na arenie konkretnych rodzajów broni. Mapy to w większości też przerobione plansze z kampanii dla pojedynczego gracza, ale trzeba przyznać, że sprawdzają się dość nieźle. Dla weteranów serii przygotowano nawet lekko zmieniony Hollywood Holocaust z Duke Nukem 3D.

Naturalnie całość nie mogłoby się obyć bez popularnego w dzisiejszych czasach sytemu zdobywania doświadczenia oraz wyzwań. Co ciekawsze za doświadczenie Gracz odblokowuje kolejne elementy wystroju w specjalnym apartamencie Duka, do którego mamy dostęp w menu rozgrywek sieciowych. Z początku są to obrazy na ścianach, ale już po kilku godzinach grania pojawią się tam również posągi, trofea, a nawet interaktywne elementy takie jak worek treningowy czy maszyna do pinballa. Naprawdę miło jest zobaczyć kwaterę Duka, a całość dziwnie satysfakcjonuje i stanowi niezłą motywację do zdobywania kolejnych poziomów doświadczenia.

Również wyzwań jest sporo i poza dodatkowymi punktami doświadczenia odblokowują one dodatkowe elementy ubioru, którymi możemy przystroić postać księcia. Niestety są wyłącznie cztery elementy – specjalny tytuł, czapeczka, okulary oraz koszulka.

Wszystkie te „ubieranki” wypadają dość marnie, ale osoby lubujące się w głupich strojach będą zadowolone, bowiem Książę ma do dyspozycji całą masę koszulek, czapeczek i okularów. Niestety niektóre z wyzwań są niemożliwe do zdobycia w regularnej walce, przygotujcie się więc na ustawki z przyjaciółmi.

Z początku, największą wadą zabawy sieciowej były dla mnie dwie rzeczy – możliwość noszenia tylko dwóch broni, co w klasycznych trybach Deathmatch jest dość nietypowym rozwiązaniem, oraz konieczność podnoszenia uzbrojenia. Nie wystarczy bowiem tutaj zwyczajnie „przejść” po broni, by ją zebrać. Trzeba nacelować i wcisnąć przycisk E, by ją podnieść. Dotyczy to włącznie uzbrojenia, ale z początku i tak jest niesamowicie kłopotliwe. Po raz kolejny gra niepotrzebnie spowalnia rozgrywkę i może nie miałbym nic przeciwko takiego rozwiązaniu, gdyby multi nie było klasycznym do bólu Deathmatchem znanym już z pierwszego Quake! To jeden z tych momentów, które wymagają niepotrzebnej zmiany przyzwyczajeń.

Gdy już jednak przeboleje się te dwa mankamenty, okazuje się, że zabawa multiplayer jest całkiem udana. Klasyczne uzbrojenie, klasyczne zasady, chociaż znajdzie się nawet miejsce, na odrobinę odmienności w postaci zamrażacza i zmniejszacza, które wymagają odrobinę odmiennych taktyk. Taka zabawa z pewnością nie wszystkim przypadnie do gustu, ale jeżeli poszukujesz akurat klasycznej rozgrywki sieciowej w starym, dobrym stylu, to tutaj ją znajdziesz. Ostatecznie, ten tryb zabawy, zaliczam jednak na plus. Jest to jeden z mocniejszych argumentów nowego Duke Nukem Forever. Rozgrywka jest bezpretensjonalna, przyjemnie dynamiczna i muszę przyznać, ze świetnie się tutaj bawiłem po początkowych trudnościach.

Dochodzimy powoli do końca, warto więc jeszcze wspomnieć o grafice w duecie z dźwiękiem. Dość niskie wymagania sprzętowe nowego Duka mają niestety swoje uzasadnienie. Gra korzysta z leciwego silnika Unreal Engine 2.5, który wprawdzie został silnie zmodyfikowany, ale wciąż nie daje powodów do zachwytu. Ogółem wszystko wygląda ładnie, pomijając niektóre tekstury w zaskakująco niskich rozdzielczościach, ale szału raczej nie ma. Plusem takiego rozwiązania jest, że gra ruszy bezproblemowo na każdym starszym sprzęcie. Minusy są oczywiste. Szczególnie słabo prezentują się wszystkie postacie w grze, które poruszają się z gracją drewnianych kukiełek, a ich mimika przypomina rybie pląsy na suchym lądzie. Na szczęście to tylko epizodyczne występy. Przeciwnicy prezentują się znacznie lepiej i chociaż jest ich zaledwie kilka modeli, są one jednak maksymalnie dopieszczone. Podobnie sprawa ma się z ogromnymi przeciwnikami, którzy sprawiają często spore wrażenie!

najlepsze strzelankiDźwięk to niestety kolejny przeciętny element. Nie pozostały mi w pamięci żadne kawałki muzyczne poza wariacjami tytułowego utworu, a głosy postaci (poza Dukiem) oscylują od kompletnie irytujących i dennych, po najwyżej średnie. Najbardziej zirytował mnie chyba odgłos wydawany przez Golden Eagle, który zamiast grzmieć niczym przenośna armata, wydawał z siebie „realistyczne” odgłosy zabawki na kapiszony. Średnio, średnio i jeszcze raz średnio.

Dla niektórych ta gra będzie rozczarowaniem tego roku. Dla innych, będzie rozczarowaniem dekady. A dla ostatnich, może się okazać nawet rozczarowaniem całego życia. I ciężko się tutaj dziwić. Po tylu latach czekania otrzymaliśmy produkt na wskroś średni, starający się skopiować lepiej zrobione gry, nie dając praktycznie nic od siebie poza humorem i Księciem. Nawet całkiem niezły arsenał broni, dzisiejszymi czasy nie robi już takiego wrażenia wobec naprawdę kreatywnych tytułów. Ciężko również oprzeć się wrażeniu, że zamiast zapowiadanego Duke Nukem Forever otrzymaliśmy zaledwie reedycję Duke Nukem 3D. Praktycznie niezmienione uzbrojenie, identyczni przeciwnicy, a nawet bossowie… Tylko map brakuje. Znając jednak życie, zrobi je jakiś fan i wtedy obraz będzie pełen.

Legenda, w jaką obrósł ten tytuł, była nie do przebicia. To oczywiste, że Duke nie mógł dorównać wygórowanym wymaganiom Graczy… Dlatego też nie podchodziłem do tego tytułu, jak do spełnienia marzeń. Oczekiwałem, najzwyczajniej w świecie, bardzo dobrej gry z Księciem w roli głównej. To wszystko. Nic więcej. Niestety DNF nie jest grą bardzo dobrą, a co najwyżej dobrą, albo nawet na wskroś przeciętną. Średnie uzbrojenie (z lepszymi i gorszymi giwerami), średnie poziomy i scenariusz, który odciąga nas co chwilę od walki, średnia fabuła, średnie poziomy i co najgorsze ogólnie średni gampelay. Jedyne, co wybija się z tej przejmującej „średniawości” to sam Książę, który jest tym kim jest – ma wszystko gdzieś, kocha siebie i jest mu z tym dobrze.

Niestety Duke zawodzi nie tylko jako spełnienie marzeń, ale przede wszystkim jako gra FPS, która nie ma Graczom nic do zaoferowania poza niewybrednym humorem, niezgorszymi strzelaninami oraz klasycznym trybem multiplayerem. Jednak wszystko to już gdzieś widzieliśmy i co gorsze znacznie lepiej zrobione. Nie tak dawno temu Bulletstorm udowodnił, że da się jeszcze wnieść coś nowego do gatunku FPS, a z głównego bohatera, który jest twardzielem i dupkiem jednocześnie, da się zrobić bardzo interesującą postać. Smutną prawda więc jest (dla DNF), że przy Graysonie Huncie, Duke Nukem wygląda dość nieporadnie. To jak porównywanie twardziela z pozerem i niestety, pozerem jest tutaj właśnie Duke.

Ocena była ciężkim kawałkiem tej recenzji. Jak bowiem prawidłowo ocenić taką grę? Gdybym musiał brać pod uwagę rozczarowanie, jakiego pomimo wszystko doznałem, zmuszony bym był wystawić jej chyba z  -1000% ;-).

Jednak obiektywnie rzecz ujmując, gra nie jest zła, tylko średnia, a kilka elementów wychodzi nawet na plus… Ostatecznie więc…

Sprawdź najlepszy katalog gier!