gry RPG Recenzje gier PC

Sleeping Dogs – recenzja gry (PS3)



Przejdź do katalogu gier!

Zadziwię Was, ale nie przepadam za filmami akcji, w których grają napakowani aktorzy z kamiennymi twarzami. Nie lubię bijatyk, przepychu testosteronu, a przede wszystkim fabuły o porachunkach mafii. Zwyczajnie mnie to nudzi. Ale gdy zobaczyłam w lutym tego roku pierwsze materiały (w tym trailer z żywymi aktorami) o Sleeping Dogs, poczułam niesamowity pociąg do tej gry. Po pierwsze dlatego, że akcja miała dziać się nie w oklepanych Stanach Zjednoczonych, a w miejscu, do którego bardzo bym chciała kiedyś pojechać. A po drugie, trzecie i czwarte – spodobał mi się główny bohater gry – postać, która obiecywała wielowymiarowość, a nie tylko krystaliczną biel.

Teraz strach pomyśleć, że gra mogła się w ogóle nie ukazać. Początkowo bowiem była tworzona przez Activision jako kolejna część serii True Crime, jednak z uwagi na małą wiarę w powodzenie tego projektu i chęć skupienia się na „wyższych jakościowo tytułach” (ciekawe cóż mieli na myśli) postanowiono odsprzedać pomysł Sqare Enix. Prawa do marki jednak pozostały u pierwotnego właściciela, dlatego grę przemianowano na tytułowe Śpiące Psy. Cóż Activision już może sobie pluć w brodę, bo pierwsze recenzje nie pozostawiają złudzeń. To hit tych wakacji, który śmiało może zacząć się bić o nominację do gry roku.

No to jak? Macie tą herbatkę? Zanim zabiorę Was w podróż po kolorowych i ciasnych uliczkach Hong Kongu musicie poznać naszego protagonistę. Nie, żebym była powierzchowną istotą, ale Wei Shen to facet, przy którym miękną kobiece nogi. Pod idealnie skrojonymi ciuszkami chowają się ślicznie rozbudowane mięśnie. I choć tatuaży nie lubię to w te, na jego klatce piersiowej mogłabym się wpatrywać godzinami (tak dziewczyny, obrazek poniżej zamieszczam specjalnie dla Was). Stanowią one kontrast do jego słodkiej, wręcz chłopięcej buzi. A jak już się uśmiechnie…łomatko ;D. Główną zasługą mojego uwielbienia do Wei jest jednak jego głos – lekko zachrypnięty, z łamanym, angielskim akcentem pana Will Yun Lee, który naprawdę dobrze poradził sobie z voice actingiem.

Shen po emigracji do USA powraca w rodzinne strony jako oficer specjalizujący się rozpracowywaniem zorganizowanej przestępczości. Do Hong Kongu oprócz spraw zawodowych przyciągnęła go także chęć zemsty za śmierć siostry. Jego głównym priorytetem jest przeniknięcie do bardzo zamkniętej, chińskiej organizacji podziemnej – triady przewodzonej przez Sun On Yee. Shen za młodu niewiniątkiem nie był przez co szybko dociera do dawnego kumpla, który wprowadza go w półświatek przestępczy. Zaczynając od pracy dla lokalnej płotki, policjant pod przykrywką będzie wspinał się po szczeblach mafijnej kariery. Walka na dwa fronty z czasem jednak zacznie mu ciążyć…

O naszym bohaterze mogę Wam powiedzieć sporo. To mężczyzna niebywale silny psychicznie, który nie raz i nie dwa będzie musiał zmierzyć się z podejrzeniami o zdradę. Który dużo poświęci, by zdobyć zaufanie. Który ceni przyjaźń ponad wszystko. Który szanuje kobiety i ma w sobie nutkę romantyzmu. Cenię go szalenie za to, że potrafi się odezwać. Stanąć w obronie słabszego. Ale z drugiej strony to też osoba, która potrafi zabić bez mrugnięcia okiem. Wbić na hak, utopić w sedesie czy połamać kości. Wei zdaje się być człowiekiem z krwi i kości. Żaden superbohater.  Facet, który ma do wykonania pewną robotę. Profesjonalista, który z czasem zaczyna mieć koszmary… O tym, kim naprawdę jest.

gry open world

Główna oś fabularna nie zaskoczy żadnego wyjadacza filmów akcji. Wiemy dobrze w jakim kierunku to wszystko się plecie, ale… parę twistów się tu także znajdzie. Najważniejsze jest jednak to, że fabuła wciąga, jest doskonale wpasowana w akcję, czasami bawi, czasami wzrusza, ale nie pozostawia obojętnym. Nawet jej nie ma co porównywać do tej znanej z późniejszych części GTA. Nawet gdy misja ma prostą konstrukcję, w rodzaju: jedź tam, zabij tego i tego, ucieknij przed policją/gangiem – nie jest to rażące, bo obraca się zawsze wokół fajnej historii.

Przykładowo Wei dostanie zadanie pomocy jednej dziewczynie przy przygotowaniach do ślubu. Zawieziemy ją do krawcowej, potem zaczniemy pościg za babką, która właśnie sprzątnęła nam przed nosem ostatni tort ślubny, a następnie udamy się do klasztoru, gdzie w przebraniu mnicha skradniemy czarne orchidee – wyjątkowy gatunek, który nasza dama zażyczyła sobie na wesele. Poniżej możecie zobaczyć gameplay promowany jeszcze przed premierą, z misji o tytule „Zemsta pani Chu”.

Sleeping Dogs to sandbox, w którym oprócz linii fabularnej dostajemy całkiem sporo zabawek. To piaskownica, z której naprawdę nie chce się wychodzić. Początkowo oferowane możliwości dawkowane są w wolnym tempie. Shen, by zdobyć zaufanie lokalnej płotki musi wykonywać proste misje: odebrać haracz od handlarzy z targu, poobijać auto niewygodnemu kolesiowi, nastraszyć kogo trzeba, odbić cenny towar. W miarę upływu czasu nasz oficer uczy się nowych rzeczy: jak ukraść auto, jak strzelać z broni, jak się efektownie bić. Gdy posiadamy już te umiejętności zaczyna się prawdziwa zabawa. Praktycznie przez całą grę mamy do dyspozycji dwa rodzaje misji – te dla Triady, w których staramy się osiągnąć jak najlepszą reputację, oraz te dla lokalnej policji. Są to tzw. popychacze akcji – krótko mówiąc, trzeba je wykonać by fabuła posunęła się do przodu. Gdyby skupić się tylko na nich grę możnaby ukończyć w kilkanaście godzin. Ja jednak spędziłam w towarzystwie Shena znacznie więcej czasu i ani przez chwilę nie pomyślałam „o rety, znowu to samo”.

W grze czeka na nas ponad 30 misji dodatkowych. Są to tzw. przysługi, za wykonanie których Wei dostaje punkty podnoszące jego reputację. Ta z kolei przynosi konkretne zyski – dostęp do szybszych wozów, bardziej elitarnych sklepów czy niższe ceny. Część przysług jest widoczna na mapce od razu, a część ujawnia się dopiero przy wejściu na dany teren o określonej porze dnia. Są one bardzo zróżnicowane. Przykładowo raz wystarczy naprawić kumplowi motor, innym razem dorwać złodzieja, a jeszcze innym namówić żuli, by delikatnie mówiąc nabrudzili w sklepiku konkurencji. Nie zabrakło też wątków bardziej romantycznych. Shen pozna w grze kilka uroczych niewiast, z którymi umówi się na specyficzne randki. Z jedną dziewczyną zwiedzi zakątki Hong Kongu na motorze, zatrzymując się by zrobić „słit fotki”. Z kolejną pościga się na dachach budynków, by utrzymać dobrą kondycję. A następnej zaśpiewa specjalnie piosenkę na karaoke. No doprawdy, jaki ten Wei jest kochany… Hmm o czym to ja…:P

A właśnie. Skoro mowa o karaoke – jest to jedna z opcji stricte rozrywkowych – nie przynoszących nam zysku w żadnej postaci (no, poza jednym achievementem). Mechanika jest prosta – sterujemy grzybkiem tak, by utrafić w odpowieni klocek na odpowiedniej wysokości. Tu znów muszę pochwalić nie tylko twórców za dobór piosenek (same hity takie jak. „Take on me”, „Girls wanna have fun”, „I ran (so far away)”, ale także i pana Will Yun Lee za śpiew. Naprawdę ekstra mu to wyszło (zwłaszcza te partie, w których musiał fałszować, gdyby gracz nie sprostał zadaniu). Miły smaczek.

W Sleeping Dogs nie zabrakło elementu chińskiej kuchni. Zdrowie naszego bohatera nie regeneruje się pomiędzy misjami, dlatego warto co jakiś czas skoczyć na kurczaka w cieście, miskę klusek, a nawet zwykłego loda. Straganiki z jedzeniem stoją dość często przy ulicach, co też dodaje klimatu i nadaje realności temu światu. Skoro już jesteśmy przy zdrowiu trzeba wspomnieć o ciekawym systemie jego rozwoju. Wei nie staje się odporniejszy w miarę upływu czasu. O to musimy zadbać sami. W jaki sposób? Musimy… Modlić się przy ulicznych kapliczkach usianych po całym mieście. 5 modlitw daje +5 procent do wytrzymałości. Bardzo fajny pomysł, zważywszy na fakt, że religia w Chinach rzeczywiście jest bardzo ważną częścią ich kultury.

Pieniądze, które Wei otrzymuje po każdej misji nie wystarczą Wam na wszystkie przyjemności. Dlatego zanim kupicie zegarek o wartości samochodu trzeba samemu trochę zatroszczyć się o porcję gotówki. Możecie np. szukać walizek z kasą. Albo napadać na opancerzone wozy dostawcze i odstawiać je do warsztatu „pana Miecia”. Lub też wygrać sporo szmalu w walkach kogutów. Albo partyjce Mahjonga. Możecie także wziąć udział w ulicznych wyścigach samochodowych.

W końcu możecie przyłożyć rękę do likwidacji szajek narkotykowych. W danych miejscach pojawiających się najczęściej przy wejściu w określoną strefę możemy zająć się z lokalnymi dilerami narkotykowymi. Ten element zabawy akurat zawsze wyglądał identycznie: jedziemy na miejsce, bijemy się z grupką podejrzanych osobników, hakujemy kamerę, która dziwnym trafem zawsze znajduje się w pobliżu ;), a następnie jedziemy do domu i namierzamy konkretnego gościa, którego potem zwija już policja. Od pewnego momentu gry, możemy też wykonać telefon do faceta, który słono płaci, za konkretne wózki.

Kasę wydajemy głównie na jedzenie (ale to są groszowe sprawy), ciuchy i auta. Ubrania to nie tylko kwestia wizualna. Za skompletowanie odpowiedniego seta (buty, bluzka, spodnie) otrzymujemy bonusy np. do ataku czy zdrowia. Auta z kolei są podzielona na kilka klas – im droższe tym szybsze. Wei z upływem czasu otrzymuje też automatycznie dostęp do kolejnych lokali mieszkalnych: od obskórnej klitki w centrum, poprzez nowoczesny apartamentowiec, a nawet klimatyczne mieszkanko na łodzi. W niektórych sklepach znajdziemy do nich dekoracje np. papugę w klatce, czy lepsze łóżko. Interakcje znikome – raczej to tylko kwestie estetyczne.

Podobnie jak w przypadku zdrowia, tak i rozwój systemu walki zależy w dużej mierze od naszych starań. Na początku gry lądujemy w byłej szkole Shen’a. Tam dowiadujemy się, że naszemu trenerowi skradziono 12 cennych figurek przedstawiających zwierzęta z chińskiego zodiaku. Niektóre z nich znajdują się w pomieszczeniach, w których będziemy odbywać misje główne, ale znaczną część będziemy musieli sami odszukać. Za każdą odzyskaną rzeźbę trener pozwoli Wei wybrać kolejny cios, który po skończonym treningu wchodzi na stałe do zestawu naszych umiejętności. To o wiele ciekawsze rozwiązanie niż zwyczajne rozdzielenie punktów doświadczenia.

W niektórych zaułkach możemy wziąć także udział w ulicznych walkach. Wei musi rozprawić się wtedy z kilkoma falami przeciwników. Jeśli wygrywa – dostaje kasę. Jeśli przegrywa – ląduje w szpitalu.Jak widzicie w mieście jest całkiem sporo do roboty, zwłaszcza dla osób lubujących się w szukaniu znajdziek czy maniaków trofeów. Po zakończeniu fabuły gry można nadal na nie polować i … czekać na DLC, które napewno się niedługo pojawią ;).

Największe problemy miałam początkowo z załapaniem zasad systemu walki. Jest on ponoć zbliżony do tego zaimplementowanego w Batmanie: Arkham Asylum, w którego nie dane mi było zagrać. Nie chodzi w nim bynajmniej o to, by nawalać jeden przycisk w jak najszybszym tempie, ale by skupić się na timingu. Najefektowniejsze są kontry – gdy wróg zapali się na czerwono, należy szybko wcisnąć trójkąt (na PS3), by Wei wykorzystał siłę przeciwnika przeciwko niemu samemu. Kwadratem wykonujemy sekwencje ciosów puszczając i przytrzymując go według nauczonych wcześniej kombinacji. Najbardziej jednak spodobały mi się brutalne finiszery. Jeśli wciśniemy kółko Wei chwyci za kołnierz przeciwnika – możemy pociągnąć go w dane miejsce. Będąc wystarczająco blisko narzędzia mordu (śmietnika, głośnika w klubie, budki telefonicznej, maski samochodowa czy innego elementu otoczenia) podświetli się ono także na czerwono i przy kolejnym naciśnięciu kółka Wei bez żadnych skrupółów załatwi na cacy przeciwnika. Zazwyczaj tych elementów jest kilka na dane miejsce, ale znacznie mniej niż samych wrogów – walka więc też nie jest zbyt łatwa. Tym bardziej, że niektórzy gangsterzy mają noże czy tasaki. Jeśli uda nam się wytrącić je z ich rąk – Wei może je także podnieść i wykorzystać. Combosy napełniają nam pasek efektu, który chwilowo zwalnia czas, a Shenowi pozwala użyć większej siły.

Dużo rzadziej przyjdzie nam tu postrzelać. System rozgrywki w tym przypadku jest dość standardowy: chowamy się za osłonami, przeskakujemy nad nimi, używamy celownika. Za dobre trafienia również napełniamy pasek czegoś w rodzaju bullet time’u. Dużo bardziej emocjonujące jest strzelanie podczas pościgu. Wei wychyla się wtedy, czas lekko zwalnia i możemy sprawnie wycelować : czy to w kierowcę, czy w oponę, czy np. w wóz z przodu, który zatarasuje drogę.

Model jazdy w Sleeping Dogs jest bardzo zręcznościowy. Jeśli lubicie NFSy napewno przypadnie Wam do gustu. Auta pięknie wchodzą w zakręty na ręcznym, a skakanie w trakcie pościgu na inny wózek podnosi adrenalinę. Motorkiem możemy nawet jeździć na tylnim kole. Czuć też różnicę w jeździe między jakimś standardowym autem kradzionym na światłach, a sportowym wózkiem ze sklepu za grube miliony. Model zniszczeń ma znaczenie tylko wizualne. Potrzaskaną bryką śmigamy tak samo jak świeżynką z salonu. Aczkolwiek podczas ostrzału auto może wybuchnąć, co kończy się natychmiastową śmiercią. Jeśli wjedziemy rozpędzeni w barierkę Wei wypada przez przednią szybę i traci znaczą część życia. To co trochę psuło mi osobiście zabawę w wyścigach samochodowych czy ucieczkach przed policją lub gangsterami był dość niski poziom trudności. Auto przeciwnika wystarczy parę razy zepchnąć z ulicy by eksplodowało.

gry RPG

W trakcie gry nie raz też będziemy musieli zaufać sile mięśni nóg. Pościgi po zatłoczonych uliczkach, czy budynkach są naprawdę przyjemne, choć sprowadzają się zaledwie do trzymania wciśniętego X-a. Przed przeszkodami musimy wykonać troszkę dziwny manerw – X należy najpierw puścić, a następnie znów wcisnąć. Jeśli zrobimy to „w czasie” Wei przeskoczy niczym zaawansowany parkourowie – w przeciwnym przypadku niezgrabnie się przetoczy.

W niektórych miejscach czekają nas mini gry. Np. hakując kamerę musimy znaleźć 4 cyfrowy kod dostępu (odbywa się to na zasadzie gry w Mastermind). Będziemy też używać wytrychu, otwierać sejf czy namierzać lokalizację – te elementy mają już charakter czysto zręcznościowy.

Spodobał mi się też sposób naliczania doświadczenia za misje główne. Przykładowo w misjach policyjnych jesteśmy ujemnie punktowani za każdą kradzież auta, potrącenie kogoś na ulicy i generalnie za robienie rzeczy niegodnych oficera. Może się okazać, że przy podsumowaniu misji dostaniemy znikomą ilość doświadczenia policjanta, a większą ilość dla Triady (są tu osobne drzewka dla każdej z tych grup). Chcąc rozwinąć bowiem ścieżkę umiejętności gangsterskich (np. kradzież auta bez wybijania szyby) musimy działać wręcz odwrotnie – robić jak największy syf, czyli wbijać na haki, rozbijać auta i oddawać serie headshotów.

Powinnam się spodziewać, że sandbox na PS3 nie będzie wyglądał olśniewająco. Jednak miałam nadzieję, że jakoś mnie oczaruje. Niestety, jest tylko poprawnie. Animacje postaci są w porządku i do tego nie mam zastrzeżeń, choć modele postaci pobocznych są robione jakby na jedno kopyto. Niezbyt dobrze też działa synchronizacja ust z głosem. Więc krótko mówiąc – w zbiżeniach nie jest fajnie, ale reszta „ujdzie”. Przechodnie na ulicy reagują żywo na nasze zachowania np. krzyczą, gdy się przepychamy, pozdrawiają gdy mamy wysoki wskaźnik reputacji. O, nawet chodzą z parasolkami w czasie deszczu. Najbardziej razi rozmyty dalszy plan podczas jazdy samochodem, oraz skąpe wnętrza pomieszczeń. Mój chłopak nie mógł wybaczyć płaskich tekstur na targu, mających udawać owoce, czy ubrania ;). Trudno mi określić czy architektura jest identyczna jak w Hong Kongu, bo nigdy tam nie byłam, nie mniej jednak mnogość wąskich uliczek, świątynia w centrum, park czy cmentarz wyglądają według mojego rozeznania odpowiednio. Najbardziej przypadł mi do gustu widok miasta w nocy. Zwłaszcza targ, po którym kręci się mnóstwo osób. Wiecie, między budynkami wiszą lampiony, słychać nawoływania straganiarzy, gdzieś w bramie kręcą się panienki oferujące „masaż”.

O wiele mocniejszą natomiast zaletą tej gry, jest genialny soundtrack, któremu z pewnością poświęcę osobny artykuł. Obfituje on w niecałe 150 utworów, które zabierają nas w podróż poprzez różne rodzaje muzyki. Z ręką na sercu przyznaję, że niektóre weszły już do kanonu moich ulubionych piosenek. Nawet teraz, gdy piszę te słowa, przygrywają mi wybrane kawałki. Wsiadając do jakiegokolwiek auta mamy możliwość wybrania jednej z 9 stacji radiowych. Każda z nich posiada swój specyficzny klimat. Jest radio grające muzykę klasyczną (Debussy! Wagner! Mozart!), „gangsterski” rap, chiński pop, chillout – słowem, każdy powinien znaleźć tu coś dla siebie. Naprawdę niezłą frajdą jest dociskanie pedału gazu w trakcie pościgu, przy akompaniamencie muzyki stylizowanej na filmy akcji z Jamesem Bondem w roli głównej. Głównie usłyszycie w grze język angielski (co jest troszkę dziwne, w końcu to Chiny), ale postacie wtrącają czasami chińskie odpowiedniki słów. Na zakończenie posłuchajcie tego kawałka:

Z pewnością Sleeping Dogs nie jest produkcją idealną. Muzycznie zachwyci, ale graficznie nie oszołomi, fabularnie wciągnie, ale nie zwali z fotela. Ma bohatera, który też nie jest specjalnie oryginalny – choć przyjemnie się z nim obcuje. Pod względem trudności jest prosty i nie sprawi, że rzucicie padem w kąt ze złości. Sleeping Dogs sprawia jednak w ogólnym rozrachunku masę radości, a to przecież jest najważniejsze w graniu. Czekałam na niego z wielkimi nadziejami i naprawdę się nie zawiodłam. Przyciągnął mnie jak magnes. Jest absolutnie warty swojej ceny i moim zdaniem – to nie tylko hit tegorocznych wakacji, ale poważny kandydat do gry roku.

Sprawdź najlepszy katalog gier!