strzelanki z potworami Recenzje gier PC

Zagrajmy w Painkiller: Redemption



Przejdź do katalogu gier!

 

Polska gra, która robi furorę poza granicami naszego zaścianka, stała się grywalnym faktem roku 2004, a ogrom czasu spędzonego na masakrowaniu hord demonów w Painkillerze mówi po dziś dzień sam za siebie. Potem był dodatek „Battle out of Hell”, wciąż jeszcze trzymający wysoki poziom oraz świeżość oryginału… Wszystko zaczęło się psuć gdy za serię zabrało się czeskie studio Mindware. Powstaje Overdose, który pomimo, iż sprawia wrażenie parodii pierwowzoru, wciąż jest w jakieś sposób grywalny, i to nawet pomimo dosłownego „przeładowania” formy ponad treścią. Tymczasem nie tak dawno temu ukazał się Ressurection, stworzony przez grupę fanów. Niestety dosłowne „wskrzeszenie” czasów świetności polskiego hitu okazało się totalną porażką. To nie było zmartwychwstanie, to był gwóźdź do trumny całej serii. Oto „piąta” odsłona Painkillera  z dumnie brzmiącym dopiskiem – Redemption. Strach się bać.

Czy jeszcze ktoś zauważył w tym momencie, że podtytuły kolejnych gier z tej serii są niezwykle adekwatne jakością do tego, co autorzy chcą z nich uczynić, będąc jednocześnie ironicznym podkreśleniem rozczarowania jakie czeka każdego gracza? 😉

„Kolejna grupka fanów robi grę” – ta wiadomość atakuje pierwsza, podobnie jak w niechlubnym przypadku poprzednika. W praktyce oznacza to mniej więcej tyle, że za stworzeniem tego tytułu stoi pięć, trzeba przyznać, odważnych osób. Te dzielne duszyczki działają pod wspólnym szyldem Eggtooth Team. W tym momencie chyba każdy, kto tylko zmierzył się z poprzednią wersją PK, przestaje już spodziewać się zbyt wiele. Nie uprzedzając jednak faktów, wspomnę najpierw słowem o fabule, którą usiłowano tutaj wcisnąć. Znaczenie poprzedniego zdania sponsorują słowa: „usiłowano” oraz „wcisnąć” – całość przypomina bowiem historyjkę fantastyczną ułożoną przez ucznia podstawówki na zadanie domowe z języka angielskiego. Przesuwające się pomiędzy misjami napisy irytują swoją prostotą. Nie nadmienię przy tym ani jednym zdaniem o co chodzi w tej „historii”, bowiem zaspojlerowałbym nim całą „fabułę” i zarazem jedyną niewiadomą, jaką można mieć przy zetknięciu się z tym tytułem. Czuć natomiast doskonale, że wszystko zostało opowiedziane mocno na siłę, a gra mogłaby w ogóle owego elementu nie posiadać. Nigdy też nie sądziłem, że to powiem, ale nawet Ressurection miało solidniejszy, lepiej opowiedziany wątek fabularny.

Painkiller: Redemption

Już po chwili zabawy okazuje się, że sama gra ma do zaoferowania równie niewiele. Zaledwie 6 poziomów oraz tyleż samo kart tarota (trzy złote oraz trzy srebrne), będących standardowymi już dzisiaj power-upami wzbogacającymi rozgrywkę o efekty typu spowolnienia czasu czy zwiększenia ilości podnoszonej amunicji. Jest to więc raczej kolejny samodzielny dodatek, aniżeli jakakolwiek kontynuacja (pomimo tego co sugeruje „fabuuuuuła”). Znikoma liczba poziomów oraz wszelakich dodatków została wprawdzie uzasadniona przez autorów faktem, że całość zrodziła się z przerobionej modyfikacji, która dopiero po drodze osiągnęła rozmiary dodatku, jednak ta informacja niespecjalnie mnie pociesza w jakikolwiek sposób. Marne to odkupienie, zaprawdę powiadam – Marne.

Po rozpoczęciu rozgrywki szybko okazuje się, że gra stanowi przeplatankę uzbrojenia wykorzystanego w Overdose (lekko nawet okrojonego) z oryginalnymi narzędziami mordu Painkillera (uszczuplonego o dwie nowe bronie znane z dodatku Battle out of Hell). W sumie daje to do dyspozycji gracza jedenaście pojedynczych broni, podzielonych na dwa arsenały. Każda z broni posiada dwa tryby wystrzału i… To w zasadzie wszystko w temacie uzbrojenia. Niczego tu nie dodano, niczego nie zmieniono, niczego nawet nie poprawiono – Wszystko jest po staremu, a każdy kto grał we wspomnianych wyżej poprzedników będzie dokładnie wiedzieć czego się spodziewać. Ciężko więc uznać przyjemność ze strzelanin za jakąkolwiek zaletę gry albo zasługę któregokolwiek z autorów dodatku, gdyż brawa należą się wyłącznie twórcom pierwowzorów.

We wszystkich grach tego typu nie liczy się jednak tylko to czym strzelamy, ale również to co staramy się ustrzelić. Niestety, podobnie jakw przypadku uzbrojenia, przeciwnikami są tutaj po prostu oryginalne monstra z pierwowzoru (okazjonalnie jakiś kolorowy fajtułapa ala Overdose dosłownie wybijający się z tłumu swoimi krzykliwymi barwami), których rozsadzanie na kawałki przynosi ogromną frajdę… poza jednym, drobnym szkopułem psującym końcowy efekt – ilość wrogów jest horrendalnie przesadna. To zdanie pewnie Was zdziwi – w końcu im więcej potworów tym większa sieczka, prawda? Teoretycznie tak. Problem w tym, że pomieszczenia przeznaczone do walki z setkami atakujących jednocześnie stworów są nierzadko wielkości średniego mieszkania. Oznacza to mniej więcej tyle, że nie ma gdzie uciekać i zasadniczo nie ma nawet jak się bronić przed tak zmasowanym atakiem. Dochodzimy tutaj także do największego żartu „autorów” – podczas pokonywania kolejnych plansz miałem bowiem nieustające uczucie Deja Vu. Sądziłem, że jest to spowodowane uzbrojeniem oraz przeciwnikami, aż do momentu, gdy odkryłem prawdziwą jego przyczynę. Okazuje się, że kolejne mapy, to po prostu przerobione na kampanię dla pojedynczego gracza areny do walk sieciowych: Cursed, Exmortis, Fallen1, Iluminati, Mine; oraz na koniec Katedra będąca regularną mapą w kampanii oryginalnego Painkillera. W tym momencie poczułem się jak oszukany frajer. Przecież to nic innego, jak najzwyczajniejsza mielonka Painkillera z Overdose, którą przepakowano na areny internetowe wydając całość pod nowym tytułem, by móc to potem sprzedać niczego nieświadomym ludziom takim jak ja! Oczywiście na Steamie, który jest głównym dystrybutorem tej gry, nie ma o tym ani słowa, a potencjalny gracz jest wprowadzany w błąd stwierdzeniami o „sześciu nowych mapach składających się na pasjonującą kampanię”. Pomijając przecież wszystko co tylko można pominąć, to najzwyczajniejsze oszustwo. Oszustwo dokonane na każdym, kto wyda na tą grę jakiekolwiek pieniądze i wręcz podwójne na tych, którzy posiadają pierwowzór. Jak bowiem inaczej nazwać minimalne przemodelowanie już istniejącego produktu nie dodając od siebie niczego nowego i sprzedawanie całości pod nową nazwą? Nijak jak właśnie tylko oszustwem. Oszustwem tym większym, że opis tego produktu na platformie Steam nie ma praktycznie NIC wspólnego z grą ściągniętą po zakupie! Powiem nawet więcej. Zachodzę w głowę i zastanawiam się do zrobienia czego potrzeba było aż PIĘĆ osób. W Internecie można natrafić na całe kampanie do gier, zrobione od podstaw przez jednego człowieka, a tutaj potrzeba było aż pięciu? Aż tyle osób potrzeba do pogrążenia świetnej niegdyś gry? Każdy z nich przerabiał półtora mapy, by mieć pewność, że będzie to jakościowa klęska? To największa zagadka jaką pozostawił we mnie „nowy” Painkiller.strzelanki z potworami

Zabawa może się podobać najwyżej do połowy pierwszej mapy gdyż z przeciwnika na przeciwnika staje się corazbardziej monotonna, a jakiekolwiek urozmaicenia najzwyczajniej nie istnieją. Wystarczy również chwila nieuwagi, by dać się otoczyć przez chmarę nieprzyjaciół i zaliczyć szybki zgon nawet na najłatwiejszym poziomie trudności. Biorąc pod uwagę brak możliwości ucieczki w którakolwiek stronę nie jest o wcale takie trudne, a zirytowanie zaistniałą sytuacją staje się z każdym razem coraz większe. Można się przy tym spierać, czy gra posiada wyśrubowany poziom trudności, ale istnieje moim zdaniem spora różnica pomiędzy wyśrubowanym poziomem trudności, a sytuacjami w których umiejętności osoby siedzącej przed monitorem nie mają żadnego znaczenia. Całość rozgrywki sprowadza się tutaj do ciągłego skakania wkoło ścian pomieszczenia niczym ostatni idiota, mając przy tym nadzieję, że kolejne fale przeciwników padną szybciej niż my sami. Niewiele ma to wspólnego z przyjemnością, tym bardziej, że jest to elementarna taktyka praktycznie na całe sześć godzin gry! Z rzadka zdarzają się miejsca wzbogacone o drugie pomieszczenie, bądź schody, ale to marne pocieszenie zważywszy na fakt, że nawet wtedy rutyna się nie zmienia.

Średnio na jedną mapę przydzielono około…tysiąca przeciwników. Wspomniane już areny internetowe były przeznaczone domyślnie na około 16 osób więc liczba potworów rzucanych graczowi pod lufę nie pozostawia złudzeń odnośnie jakości kolejnych potyczek. To już nie jest Painkiller, ale demoniczna odmiana Serious Sama.

Wspominając o grafice powiem szczerze, że gra wygląda identycznie jak oryginalny Painkiller z roku 2004 i chociaż dodano / poprawiono / zmieniono kilka elementów, to jednak ostatecznie nie ma to żadnego wizualnego znaczenia. By nie być zupełnie gołosłownym, uruchomiłem dla porównania pierwszą część  i zmian odnośnie grafiki sugeruję szukać z lornetką wycelowaną prosto w monitor. Wiele słyszałem też o optymalizacji silnika, jednak te malutkie mapki, podobnie jak sam silnik, mają aktualnie ponad 6 lat (!!!), więc szczerze śmiem wątpić w konieczność takich zabiegów.

Trzeba jednak przyznać, że nowa muzyka trzyma klimat oryginału będąc chyba jedynym nowym elementem wprowadzonym do tego tytułu. Szkoda tylko, że stanowi ona zaledwie połowę całkowitej liczby utworów, podczas gdy cała reszta pochodzi z poprzednich gier nie pomijając nawet Ressurection.

Największym plusem był fakt, że osobiście nie miałem żadnych problemów z działaniem gry, a takowych się spodziewałem po ledwo działającym poprzedniku. Widząc jednak ilość poprawek na Steamie, śmiem sądzić, iż jest to moje mocno subiektywne odczucie. Problemy jak widać są, ale ja ich zwyczajnie nie napotkałem poza jednorazowym zniknięciem atakujących mnie przeciwników.

Ostatnią rzeczą, którą muszę nadmienić, to absolutny brak opcji Multiplayer. To już jest parodia – Platforma Steam – stworzona przecież specjalnie z myślą o umożliwianiu graczom swobodnych rozgrywek sieciowych, jest dystrybutorem gry, która takowych nie umożliwia, pozwalając wyłącznie na samotną rozgrywkę po mapach przeznaczonych oryginalnie do walk z innymi graczami. Trzeba przy tym uczciwie wspomnieć, że podobno opcja Multiplayer ma zostać dodana w darmowym DLC. Autorzy tego produktu zamierzają nawet wspierać ten tytuł minimalnie przez dwa lata udostępniając wszystkie kolejne zmiany (łącznie z osobnym modułem Multiplayer) absolutnie za darmo. To zaprawdę godne poklasku, jednak jak to tak naprawdę będzie to tylko przyszłość pokaże. To w co grałem było jakie było i prezentowało się tak, a nie inaczej, stanowiąc kolejny minus dla całokształtu.Painkiller: Redemption

Ukończenie gry zajęło mi niecałe 5 godzin. Średnio niecała godzinę nudnej i powtarzalnej rozgrywki na poziom. Uznaję ten czas za zmarnowany. Nie zrozumcie mnie przy tym źle – uwielbiam Painkillera i co jakiś czas namiętnie do niego wracam. Chętnie też ujrzałbym kolejną (PRAWDZIWĄ) grę z tej serii. Jednak to co tutaj otrzymałem ciężko nazwać dodatkiem, że o pełnoprawnym tytule nawet nie wspomnę. Sprzedano mi bowiem nieukończony produkt będący połowiczną przeróbką dwóch innych tytułów. Nic więcej!

Chociaż przykro mi to mówić, to już najwyższy czas pochować Painkillera. Nie da się wskrzesić trupa… a przynajmniej nie takimi amatorskimi sposobami, tanimi zagrywkami i najzwyczajniejszymi oszustwami. A każdy kto żąda pieniędzy za modyfikację, którą inni umieściliby za darmo w Internecie, jest niczym innym jak sępem żerującym na padlinie świetnej gry, kalając przy tym jej dobre imię. Jakkolwiek przykre, to niestety prawda. Czuję się oszukany i chociaż były to stosunkowo niewielkie pieniądze, to żałuję, że nie wydałem ich na cokolwiek innego.

Ostateczna ocena gry jest niska, ale nie najniższa. Wynika to zapewne z faktu, że gra działała, a zabijanie hord demonów miało jakiś nikły, nostalgiczny posmak… Niestety nie jest to zasługa tego tutułu, a jego poprzedników, z których zostało on zmiksowany.

Ostetecznie, wszystkim fanom, polecam znaleźć innego FPSa, albo ponownie ukończyć podstawowego Painkillera. Nawet znając go na pamięć można tam wykrzesać więcej frajdy niż podczas obcowania z tym „po”tworem. Tym, którzy Painkillera nie znają, polecam zakupić oryginał w Black Edition (wydanie z dodatkiem Battle out of Hell) dostępny na Steamie za 5 Euro więcej. Może drożej, ale przynajmniej nie będą to pieniądze wyrzucone w błoto; tym bardziej, iż wciąż można znaleźć ludzi którzy walczą w trybie Multiplayer.

Natomiast całej reszcie, która pomimo wszystko jest grą zaciekawiona, powiem tak – idźcie do kawiarni na kawę i ciastko. W smaku będzie dużo lepsze, a dodatkowo pozostanie wam 5 godzin życia na zrobienie czegoś pożytecznego. Ta gra nie jest bowiem warta niczyich pieniędzy ani czasu. To oszustwo i okradanie fanów poprzez sprzedaż produktu, za który już kiedyś zapłacili.

Sprawdź najlepszy katalog gier!